*PRZECZYTAJ NOTKĘ POD ROZDZIAŁEM, BO OD TEGO ZALEŻY DALSZY LOS TEGO BLOGA*
Gdy weszłam do domu, czułam się, jakbym nie była u siebie. Nic nie było tak, jak chciałabym, żeby było. Z przerażeniem patrzyłam na to wszystko. Wydawało się takie obce, takie smutne, takie niepotrzebne... Zupełnie tak jak ja... Z moich przemyśleń wynikają jakieś plusy - teraz wiem, że jestem u siebie. Czułam się obco i niepotrzebnie, ech, czyli tak jak zawsze... Jednak było coś innego, tak jakbym czuła się jeszcze gorzej, choć nie wiem czy jest to możliwe.
Stałam w przedpokoju i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Miałam ochotę krzyczeć... Nie mogę krzyczeć. Miałam ochotę wyjść i nigdy nie wrócić... Nie mogę nigdzie iść. Miałam ochotę płakać... Nie mogę płakać. Miałam ochotę zadzwonić do kogoś... Tylko niby do kogo? Mam kogoś, do kogo mogę zadzwonić? Co ja mam robić?! Moje życie jest nic nie warte. Przez cały czas wyśmiewana, poniżana, nieuznawana. Nie mogłam stać, nie mogłam leżeć. Nie mogłam patrzeć, nie mogłam zamknąć oczu. Co jest ze mną nie tak?
"Myślisz, że jesteś fajna? Że wiesz wszystko najlepiej? Popatrz na siebie - nawet twoja matka nie chce Cię znać. Powinnaś umrzeć! xx.
J."
Nie, proszę, nie!!! Kilkakrotnie dzwoniący telefon przypomniał o swojej obecności. No, ale co można poradzić na kolejne wiadomości SMS, w których są napisane słowa, których nikt nigdy nie chciałby przeczytać...
"Zacznij myśleć o innych! Czy ty wiesz jak im jest trudno z myślą, że mają Cię w rodzinie? Nie uważasz, że pora to zmienić? xx.
J."
Podjęłam szybką decyzję. Nie myślałam, nie wiedziałam co robię i przede wszystkim co powinnam zrobić. Lecz wiedziałam, że coś muszę zrobić. Z uśmiechem na twarzy poszłam w stronę swojego pokoju i wzięłam wszystkie potrzebne mi rzeczy. Zaraz... Czy ja na pewno dobrze robię?! Przecież to ucieczka od problemu! - odezwał się głosik w mojej głowie, lecz zignorowałam go. Wchodząc do łazienki, mimowolnie spojrzałam się w lustro... Moje oczy jakby obce, nie należały do mnie. Wielokrotnie zastanawiałam się gdzie się podziały te ujmujące, szczęśliwe z dzieciństwa... Odeszły. Teraz ja też to zrobię. Nie ma nic, co przytrzymywałoby mnie przy życiu. Można nawet powiedzieć, że już nie potrafię chwilowo odróżniać uczuć. Chciałabym kochać, chciałabym lubić, nie chciałabym nienawidzić. Lecz tymczasem nic już we mnie nie ma... Nawet tej cholernej nienawiści do drugiej osoby, która uprzykrza mi życie.
Weszłam do wanny. Mojej wanny. W moim domu miałam dwa pokoje i łazienkę dla siebie na drugim piętrze. Obok nich znajdował się strych. Ale gdzie podziała się reszta pokoi dla rodziny? Ich pokoje znajdowały się na pierwszym piętrze, tak jakby chcieli się wynieść z mojej przestrzeni, z mojej krainy, do której aktualnie tylko ja mam wstęp. Zachowywali się tak, jakby chcieli odizolować się ode mnie... A może właśnie mnie o nich... Może ktoś patrzący na tę sytuację z boku powiedziałby, że jestem kolejną rozpieszczoną nastolatką, która wymyśla problemy, by być "cool". Nie, na pewno nie miałby racji.
W pewnym momencie zauważyłam, że po moich policzkach spływa jakaś substancja. To łzy. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam płakać. Siedziałam tak w zimnej wannie, nie wydając z siebie żadnych dźwięków. Nie umiem nawet określić, czy to były łzy bezradności, czy może bólu i cierpienia... Nie wiem ile czasu spędziłam patrząc się w jeden punkt. Niby zwykłe zdjęcie szczęśliwego dziecka... W dzieciństwie, nawet na chwilę uśmiech nie schodził mi z twarzy, a teraz? Myślałam o tym, co powiedzą inny, gdy dowiedzą się o mnie. Co będą myśleć, co zrobią?
Koniec z tym. Wyjęłam z plecaka trzy opakowania tabletek psychotropowych. Tak, "chodziłam" do psychologa. Dlaczego? Moja "ukochana" babcia podczas mojej wizyty u niej na święta, zapisała mnie do swojej koleżanki, która bez żadnych badań przepisała mi leki. Nawet ze mną nie rozmawiała. Babcia wykupiła mi zasap leków na pół roku. Oszczędzałam je właśnie na tę uroczystą chwilę.
Jedno opakowanie... Drugie... Trzecie... "Jesteś nic nie warta" - znów podpowiedział mi ten głos w mojej głowie. "Skończ z tym gównem" - dodał. Nalałam do szklanki pół butelki wódki i wypiłam. Pierwszy łyk, drugi łyk... coraz bardziej płakałam nad swoim marnym losem. Nie mogłam już nic zrobić, nie mogłam niczego zmienić. Z każdą kroplą alkoholu powoli dochodziło do mnie to, co robię. Co zrobiłam ze swoim życiem. Przecież ja też miałam marzenia. Pamiętam, że zawsze dążyłam do tego, by się spełniały... Dlaczego tak bardzo się pomyliłam? Dlaczego skręciłam w taką alejkę na swojej drodze życiowej. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak śmierć. To prawda co wszyscy mi mówią: jestem bezużyteczna.
Wypiłam jeszcze drugą szklankę. Po jakimś czasie zaczęłam odczuwać pewną ulgę. Nie czułam nic, nie myślałam o problemach, które zostawiam. Nie zastanawiałam się nad tym, co się ze mną stanie. Czy znajdą moje ciało jutro, za tydzień, czy dopiero wtedy, gdy zadzwonią ze szkoły informując moich rodziców o nieobecności. Tymczasem moja dusza będzie szczęśliwa gdzieś na górze. Będzie patrzyła na to wszystko, co dzieje się na dole. Ludzie myślą, że niebo jest na górze, a piekło na dole. Nic bardziej mylnego... Piekło jest tu, na ziemi. Nie na dole. Dodatkowo nie kieruje nim diabeł. Ludzie to diabły. Bezlitosne, krzywdzące istoty, które czekają na czyjąś krzywdę. Jak żyć na tym świecie?
Powoli zaczynałam odpływać. Ostatnimi siłami sięgnęłam po telefon, by zanotować datę i godzinę swojej śmierci w pamiętniku. Tak, to miał być mój ostatni wpis, nic więcej. Chciałam po prostu go skończyć, tak jak pisarze kończą swoje książki. Czasem nietypowo i moja historia też miała się tak skończyć. Prawdziwa historia. Starannie zapisane litery i liczby, a pod spodem podpis. Przed śmiercią miałam jeszcze tylko małe życzenie, a w zasadzie prośbę: niech ojciec nie zapomni o mnie, tylko na niego liczę, tylko o to proszę...
Poczułam, że to już koniec. Koniec problemów, koniec zmartwień, koniec udawanego życia, koniec udawanego szczęścia... Czym było moje życie? Dlaczego się tak potoczyło? Ostatnie wydarzenia upewniły mnie w podjętej decyzji. Koniec!
W pewnym momencie zaczęłam słabnąć. Chwilami nic nie widziałam, chwilami widziałam aż za dużo. Tak, jakby ktoś chciał jeszcze raz odtworzyć najgorsze momenty z mojego życia. Przed ostatecznym końcem usłyszałam już tylko wybijanie szyby, a potem zobaczyłam pochylającego się nade mną ciemnowłosego chłopaka... Zaraz?! Co on tu robi?! Nie miałam jego odwiedzin w planach! Te oczy, gdzieś je już widziałam. Oczy, które niosą miłość...
"Sama - ciągle mam to w głowie
Sama - nie masz nic, jesteś nikim no więc
Sama - w swoich snach utoniesz
to koniec już...
Jakby ktoś zatrzymał świat chociaż ludzie wciąż mijają mnie
Małej cząstki ciebie szukam lecz już dla mnie czas zatrzymał się
Nie umiem, powiedz"
~Magda Femme - "Sama"
--------------------------------------------------
Hej :3
Po pierwsze: dziękuje Wam za tyle wyświetleń ;*
Po drugie: Cały czas proszę Was o komentarze, a nic nowego się nie pojawia. Ja staram się pisać ciekawie, wkładam w to swoje serce. Nie mam z tego nic, mogę jedynie otrzymać komentarze. Czytam blogi innych i jest mi naprawdę bardzo przykro, gdy widzę u nich chociaż kilka komentarzy, a u mnie... Przecież ja mogę zobaczyć ile osób czyta mojego bloga...
Pamiętam moją radość na pierwszy komentarz. Boże, cieszyłam się jak szalona, a jechałam wtedy samochodem, i wierzcie mi, że prowadzącemu się to nie podobało ;). Za każdym razem jak dostaję maila mam taką cichą nadzieję, że ktoś skomentował mojego bloga, a tu co? Gówno!
Po trzecie: Jeśli nadal będzie tak jak do tej pory, to nie wiem czy nadal będę pisać tego bloga :/
Nancy^^
Jego oczy - takie ciemne... Jego usta - takie piękne... Jego dusza - taka zagmatwana... Sprawił, że zapragnęła więcej, chciała poznać jego życie, które nie należało do najbezpieczniejszych. Świat ten nie przeznaczony dla zwykłych ludzi, zaprasza w swoje kręgi zabójców, dilerów... Bradford kryje swoje tajemnice... Tajemnice, których nikt nie może poznać, lecz Effy zawsze robi to, czego nie powinna. Zobaczy oczy... Oczy, które zabijają.
środa, 23 kwietnia 2014
czwartek, 17 kwietnia 2014
III
Trzeci rozdział
*rozdział pisany w narracji trzecioosobowej*
Nastał kolejny, piękny dzień. Słońce uśmiechało się leniwie, a promienie słoneczne, przedostające się przez żaluzje, muskały delikatnie gołe stopy wystające spod pościeli. Zaczynał się cudowny poranek, lecz nie dla Layly. Wiedziała, że będzie to tylko następny zły dzień, w którym będzie musiała zmierzyć się z problemami, które ciągle czyhały, aby się na nią rzucić, gdy tylko powróci z krainy Morfeusza. Obawiała się każdego dnia, każdej godziny i minuty. Nienawidziła dni, za to kochała noce. To właśnie o tej porze jej umysł mógł się zrelaksować, odpocząć, lecz czy aby na pewno? Do Lay, tak jak do większości ludzi przychodziły dziwne myśli przed snem. Jednak noc to nie tylko etap zasypiania, lecz także sen. Tak, to była jej ucieczka. Tak samo jak muzyka - to była jej miłość odkąd pamięta.
Ta chwila, tak samo jak wiele innych, nie mogła trwać wiecznie. Przeraźliwy dźwięk budzika zabrzmiał w uszach nastolatki. Obudziła się obojętna, nie chciała pamiętać wydarzeń z poprzedniej nocy, nie chciała czuć na sobie jego dotyku, słyszeć jego głosu, widzieć jego brudnego uśmiechu. Powoli wysunęła się z pod pościeli, uważając, by nie uderzyć się w swoje już i tak posiniaczone ciało. Na próżno. Jej nogi zaplątały się w połach pościeli i runęła na ziemię wywołując głośny huk. Matka szykowała się w sąsiednim pokoju, więc na pewno usłyszała. Ale skoro słyszała, to czemu nie przyszła spytać się chociażby "co się stało"? Po prostu mieli ją głęboko w dupie. Nie obchodziła ją jej córka, która czasem naprawdę potrzebowała uwagi. Dziewczyna często słyszała jak jej koleżanki z klasy narzekały na zbytnią uwagę ze strony rodziców. A ona? Oddałaby wszystko za dzień spędzony z matką bez obojętności i pytań, na które każda odpowiedź, bez względu na to czy była pozytywna czy negatywna, była usuwana z umysłu matki.
Upadła, upadła kolejny raz. To boli. Boli, lecz nie tak bardzo jak miliony pojedynczych igieł wbijanych prosto w serce. Nie płakała, ani przez bolącą nogę, ani przez swoją sytuację rodzinną. Nie miała na to siły.
Znalazła ubrania, w które miała zamiar ubrać się do szkoły, lecz teraz znów mała niespodzianka. Musiała je uprasować, bo jej "matka" prasowała tylko swoje i Emily (siostry). Poszła szybko do łazienki. Chciała zmyć z siebie jego zapach, zapach, którego już nigdy nie chciała czuć. Nie chcąc spóźnić się na zajęcia, wzięła odświeżający prysznic, umyła zęby, wysuszyła włosy, ubrała się i umalowała, jednak przed wyjściem umieściła na swoich ustach sztuczny uśmiech, który był idealnie wyćwiczony, tak, by siostra nie dokuczała jej, że ciągle tylko chodzi smutna. Zeszła do salonu. Było tam strasznie cicho. Przecież wczoraj matka obiecała ją zawieźć do szkoły. Kurde, znowu zapomniała. Nagle jej wzrok padł na kartkę leżącą na stole przy jej miejscu. Miała nadzieję, że rodzicielka napisała w nim, że niestety nie może jej zawieźć ze względu na ważne spotkania zwołane w ostatniej chwili. Znowu się przeliczyła - to ojciec zostawił jej wiadomość. Zawsze mogła na niego liczyć. To on ją pocieszał, gdy dowiedział się o szantażu czy kolejnej trudnej sytuacji niemożliwej do przejścia bez pomocy. To jemu ufała. To w nim miała przyjaciela. Teraz też jako jedyny w rodzinie pomyślał, że nie będzie miała nic do jedzenia jak pójdzie do szkoły. Zostawił jej pieniądze, by mogła sobie coś kupić, podczas gdy jej siostra będzie jadła lunch z matką w jej firmie. To wszystko jest tak bardzo bolesne.
Spojrzała na zegarek i przeraziła się. 7.50! W jaki sposób mogłaby dotrzeć do szkoły bez spóźnienia. Emily na pewno zawiozła matka, choć ta mogłaby iść powolnym tempem przez 7 minut, bo mieszkaliśmy na tej samej ulicy, na której znajdował się uniwersytet siostry. Lecz czyżby matka znowu zapomniała, że ma też drugą córkę? Która także wymaga choć odrobiną uwagi? No trudno, pojedzie rowerem i może jakimś cudem zdąży przed dzwonkiem. Musi.
Dotarła do szkoły 2 minuty przed dzwonkiem. W szkole przywitały ją jej "przyjaciółki".
- Hej, kochana. Boże, czemu się spóźniłaś? Znowu matka o tobie zapomniała? Jejciu jak ja ci współczuję. - powiedziała Viki z (udawaną) troską.
Layla odpowiedziała krótkim "cześć" i skierowała się w stronę szatni, lecz w drodze usłyszała słowa dziewczyny, z którą się przywitała: "No, wiadomo. Do takiej szmaty to nawet własna matka nie chce się przyznać" . Po chwili usłyszała śmiech przyjaciółek i dźwięk przybijania sobie "piątki". Czyżby miał to być kolejny taki sam dzień z tymi 'przyjaciółeczkami'? Jeszcze nie było dzwonka symbolizującego rozpoczęcia lekcji, a ona już miała ochotę uciec ze szkoły czy choćby rozpłynąć się w powietrzu... Zapaść pod ziemię.
"Look at all the hate they keep on showing
I don;t want to see that.
Look at all the stones they keep on throwing
I don't want to feel that.
Like sun that will keep on burning
I used to be so discerning"
~James Arthur - "Rocovery"
------------------------------------
Hej wam :3
Dzisiaj może trochę nudno, ale mam już plany na next'a...
No i jeszcze przeprosiny za to, że dość długo nie dodawałam, ale nie miałam czasu...
Lecz jest też inny problem... Nie wiem po co mam to dalej pisać, skoro nikt tego nie komentuje... Ja naprawdę staram się pisać dobrze, ale nawet jeśli napiszecie co jest źle - postaram się to zmienić... Więc proszę o komentarze, bo nie wiem czy mam go dalej pisać :/
Nancy...
P.S. Wesołych świąt, mokrego dyngusa i czego tam jeszcze sb chcecie ;P
*rozdział pisany w narracji trzecioosobowej*
Nastał kolejny, piękny dzień. Słońce uśmiechało się leniwie, a promienie słoneczne, przedostające się przez żaluzje, muskały delikatnie gołe stopy wystające spod pościeli. Zaczynał się cudowny poranek, lecz nie dla Layly. Wiedziała, że będzie to tylko następny zły dzień, w którym będzie musiała zmierzyć się z problemami, które ciągle czyhały, aby się na nią rzucić, gdy tylko powróci z krainy Morfeusza. Obawiała się każdego dnia, każdej godziny i minuty. Nienawidziła dni, za to kochała noce. To właśnie o tej porze jej umysł mógł się zrelaksować, odpocząć, lecz czy aby na pewno? Do Lay, tak jak do większości ludzi przychodziły dziwne myśli przed snem. Jednak noc to nie tylko etap zasypiania, lecz także sen. Tak, to była jej ucieczka. Tak samo jak muzyka - to była jej miłość odkąd pamięta.
Ta chwila, tak samo jak wiele innych, nie mogła trwać wiecznie. Przeraźliwy dźwięk budzika zabrzmiał w uszach nastolatki. Obudziła się obojętna, nie chciała pamiętać wydarzeń z poprzedniej nocy, nie chciała czuć na sobie jego dotyku, słyszeć jego głosu, widzieć jego brudnego uśmiechu. Powoli wysunęła się z pod pościeli, uważając, by nie uderzyć się w swoje już i tak posiniaczone ciało. Na próżno. Jej nogi zaplątały się w połach pościeli i runęła na ziemię wywołując głośny huk. Matka szykowała się w sąsiednim pokoju, więc na pewno usłyszała. Ale skoro słyszała, to czemu nie przyszła spytać się chociażby "co się stało"? Po prostu mieli ją głęboko w dupie. Nie obchodziła ją jej córka, która czasem naprawdę potrzebowała uwagi. Dziewczyna często słyszała jak jej koleżanki z klasy narzekały na zbytnią uwagę ze strony rodziców. A ona? Oddałaby wszystko za dzień spędzony z matką bez obojętności i pytań, na które każda odpowiedź, bez względu na to czy była pozytywna czy negatywna, była usuwana z umysłu matki.
Upadła, upadła kolejny raz. To boli. Boli, lecz nie tak bardzo jak miliony pojedynczych igieł wbijanych prosto w serce. Nie płakała, ani przez bolącą nogę, ani przez swoją sytuację rodzinną. Nie miała na to siły.
Znalazła ubrania, w które miała zamiar ubrać się do szkoły, lecz teraz znów mała niespodzianka. Musiała je uprasować, bo jej "matka" prasowała tylko swoje i Emily (siostry). Poszła szybko do łazienki. Chciała zmyć z siebie jego zapach, zapach, którego już nigdy nie chciała czuć. Nie chcąc spóźnić się na zajęcia, wzięła odświeżający prysznic, umyła zęby, wysuszyła włosy, ubrała się i umalowała, jednak przed wyjściem umieściła na swoich ustach sztuczny uśmiech, który był idealnie wyćwiczony, tak, by siostra nie dokuczała jej, że ciągle tylko chodzi smutna. Zeszła do salonu. Było tam strasznie cicho. Przecież wczoraj matka obiecała ją zawieźć do szkoły. Kurde, znowu zapomniała. Nagle jej wzrok padł na kartkę leżącą na stole przy jej miejscu. Miała nadzieję, że rodzicielka napisała w nim, że niestety nie może jej zawieźć ze względu na ważne spotkania zwołane w ostatniej chwili. Znowu się przeliczyła - to ojciec zostawił jej wiadomość. Zawsze mogła na niego liczyć. To on ją pocieszał, gdy dowiedział się o szantażu czy kolejnej trudnej sytuacji niemożliwej do przejścia bez pomocy. To jemu ufała. To w nim miała przyjaciela. Teraz też jako jedyny w rodzinie pomyślał, że nie będzie miała nic do jedzenia jak pójdzie do szkoły. Zostawił jej pieniądze, by mogła sobie coś kupić, podczas gdy jej siostra będzie jadła lunch z matką w jej firmie. To wszystko jest tak bardzo bolesne.
Spojrzała na zegarek i przeraziła się. 7.50! W jaki sposób mogłaby dotrzeć do szkoły bez spóźnienia. Emily na pewno zawiozła matka, choć ta mogłaby iść powolnym tempem przez 7 minut, bo mieszkaliśmy na tej samej ulicy, na której znajdował się uniwersytet siostry. Lecz czyżby matka znowu zapomniała, że ma też drugą córkę? Która także wymaga choć odrobiną uwagi? No trudno, pojedzie rowerem i może jakimś cudem zdąży przed dzwonkiem. Musi.
Dotarła do szkoły 2 minuty przed dzwonkiem. W szkole przywitały ją jej "przyjaciółki".
- Hej, kochana. Boże, czemu się spóźniłaś? Znowu matka o tobie zapomniała? Jejciu jak ja ci współczuję. - powiedziała Viki z (udawaną) troską.
Layla odpowiedziała krótkim "cześć" i skierowała się w stronę szatni, lecz w drodze usłyszała słowa dziewczyny, z którą się przywitała: "No, wiadomo. Do takiej szmaty to nawet własna matka nie chce się przyznać" . Po chwili usłyszała śmiech przyjaciółek i dźwięk przybijania sobie "piątki". Czyżby miał to być kolejny taki sam dzień z tymi 'przyjaciółeczkami'? Jeszcze nie było dzwonka symbolizującego rozpoczęcia lekcji, a ona już miała ochotę uciec ze szkoły czy choćby rozpłynąć się w powietrzu... Zapaść pod ziemię.
"Look at all the hate they keep on showing
I don;t want to see that.
Look at all the stones they keep on throwing
I don't want to feel that.
Like sun that will keep on burning
I used to be so discerning"
~James Arthur - "Rocovery"
------------------------------------
Hej wam :3
Dzisiaj może trochę nudno, ale mam już plany na next'a...
No i jeszcze przeprosiny za to, że dość długo nie dodawałam, ale nie miałam czasu...
Lecz jest też inny problem... Nie wiem po co mam to dalej pisać, skoro nikt tego nie komentuje... Ja naprawdę staram się pisać dobrze, ale nawet jeśli napiszecie co jest źle - postaram się to zmienić... Więc proszę o komentarze, bo nie wiem czy mam go dalej pisać :/
Nancy...
P.S. Wesołych świąt, mokrego dyngusa i czego tam jeszcze sb chcecie ;P
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
II
(- Proszę, proszę... Kogo my tu mamy? - zapytał, po czym zaśmiał się sarkastycznie. O Boże...)
Myślałam, że już gorzej być nie może. Moje całe życie jest do dupy. Otaczające mnie osoby myślą tylko o tym, by wykorzystać naszą znajomość, coś ode mnie uzyskać. Nie zastanawiają się nad tym, co robią i mówią. Jestem dla nich tylko kolejnym człowiekiem, którego mogą wykorzystać, choć dobrze udają, że coś dla nich znaczę. Pewnie osoba, która zobaczyłaby nas po raz pierwszy pomyślałaby: jak to dobrze mieć takich przyjaciół jak ona. Co prawda czasem są przydatni, czasem pomagają, lecz zawsze mają z tego satysfakcję, z nieszczęścia, z bólu. Szczęśliwymi osobami są na pewno tacy, co mają do kogo iść ze swoim problem, bez wyśmiewania czy nawet fałszywego pocieszania. Tak bardzo im teraz zazdroszczę.
Ja jednak nie byłam powołana do życia by być szczęśliwą. Na początku myślałam, że to tylko chwilowy pech, ale teraz z perspektywy czasu wiem, że pech nie istnieje. Niestety...
Od wczesnego dzieciństwa nic mi nie wychodziło. Częste wypadki, niepowodzenia... Tak, to moje życie. Od rana muszę stawić czoła każdemu problemowi... Często to słyszycie, co nie? "Staw czoła swoim problemom, bo to ty je stworzyłeś. Nawarzyłeś piwa, to teraz go wypij", lecz nie w tym rzecz. Najczęściej mówią to rodzice. Dlaczego? Nie zastanawiasz się nad tym? Czy może uważają, że jesteś już duży i nie potrzebujesz ich pomocy, choć często ich pomoc jest odwrotna niż w zamierzonych skutkach. Lecz tak naprawdę oni nas kochają, prawda?
Błąd. Znów rozczarowanie. Mama... Tak bardzo chciałabym z nią poważnie porozmawiać. Porozmawiać tak jak matka rozmawia ze swoją córką. Bez kłamstw, fałszywości, cynizmu... Jak mam to zrobić? Jak mam powiedzieć matce o moich problemach, gdy ona tak naprawdę ich nie zauważa, nie chce ich widzieć? Mamo, tak bardzo cię kocham...
Tata... To tak naprawdę tylko w nim zawszy miałam oparcie. Nie w matce czy siostrze uważającej się za najważniejszą część naszej "rodziny". Tata... Gdy o nim pomyślę zawsze widzę jego roześmianą twarz, a problemy znikają. Ten magiczny moment... Ale potem wszystko przychodzi do normy... Znów problemy...
Tym razem nawet tata mi nie pomoże. Heh, no bo jak można pomóc dziewczynie nad którą krąży rozzłoszczony facet w którymś z tych nieodwiedzanych, ciemnych uliczek, myśląc, że nadal jest w szkole i pilnie się uczy. Kurde, po co wychodziłaś wcześniej ze szkoły, idiotko?
Mężczyzna był straszny. Wymachiwał mi bronią przed twarzą mówiąc słowa, które w ogóle do mnie nie docierały, tak jakby mówił je ktoś zza ściany w innym języku, którego nie rozumiem. Mój mózg działał na innych obrotach. Z jego ruchu warg wyczytałam "zaraz się przekonamy" i poczułam jak podnosi mnie z ziemi. Z niewyobrażalną siła zdziera ze mnie koszulkę i spodnie. Stoję przed nim w samej bieliźnie. Nagle do mnie dotarło - co się ze mną dzieje? Zaczęłam się wyrywać i krzyczeć, ale on tylko uśmiechnął się i wymierzył mi siarczysty policzek. Rozpłakałam się. Nie wiem, czy były to łzy bezradności, czy może ze strachu... Jedno wiem na pewno - nie chciałam tu być!
W pewnym momencie poczułam jak wkłada swoją brudną, obskurną łapę w moje majtki. Nie chciałam tu być, nienawidziłam tego faceta. Nie myśląc, zaczęłam się osuwać na ziemię nadal krzycząc. Mężczyzna w tym momencie znów się uśmiechnął, lecz mnie nie uderzył.
- Przecież i tak nikt cię nie usłyszy. - powiedział.
Naprawdę uwierzyłam w jego słowa. Przecież nikogo tu nie było, nikt nie mógł mi już pomóc. Przestałam krzyczeć. Zamknęłam oczy, nie chciałam na to patrzeć.
Przez chwilę nic się nie działo. Nie powiem, że się ucieszyłam, bo bardziej mnie to zaniepokoiło. Otworzyłam oczy. Zobaczyłam osuwające się ciało mojego napastnika. Usłyszałam tylko jego ostatnie słowo: HOPE. Nie wiedziałam co ma oznaczać. Szybko rozejrzałam się dookoła. Ujrzałam tylko w oddali postać i jej oczy... Wydawała się taka znajoma...
Ostatnimi silami ruszyłam w drogę powrotną do domu. Już nikogo nie spotkałam. Biegłam długo, sama nie pamiętam ile. Łzy przesłaniały mi możliwość logicznego myślenia. Gdy byłam już w domu, pobiegłam do mojego pokoju i ukryłam się w moim królestwie. Próbowałam usnąć, lecz przed oczami ciągle miałam oczy mojego (?)wybawcy. Oczy, które zabijają...
"Help, I need somebody,
Help, not just anybody,
Help, you know I need someone, help
(...)
Help me if you can, I'm feeling down
And I do appreciate you being round.
Help me, get my feet back on the ground,
Won't you please, please help me..."
~The Beatles - "Help"
-------------------------------------------------------------------------------
Hejcia ;3
Huehuehue, dodaję wcześniej niż myślałam. Mam teraz ciężki okres w życiu i musiałam coś napisać, bo inaczej na pewno zwariowałabym. Dlatego w niektórych miejscach mogą być błędy czy niedoskonałości... Ale z drugiej strony, chyba nie jest taki najgorszy, co nie? Czekam na opinie: PROSZĘ, KOMENTUJCIE ;*.
Miłej nocy, Nancy ^^
P.S. w ostatniej linijce jest znak zapytania, bo nie wiedziałam jak nazwać osobę, która tak naprawdę zabija inną osobę... Jak myślicie, kto to może być? ;)
Myślałam, że już gorzej być nie może. Moje całe życie jest do dupy. Otaczające mnie osoby myślą tylko o tym, by wykorzystać naszą znajomość, coś ode mnie uzyskać. Nie zastanawiają się nad tym, co robią i mówią. Jestem dla nich tylko kolejnym człowiekiem, którego mogą wykorzystać, choć dobrze udają, że coś dla nich znaczę. Pewnie osoba, która zobaczyłaby nas po raz pierwszy pomyślałaby: jak to dobrze mieć takich przyjaciół jak ona. Co prawda czasem są przydatni, czasem pomagają, lecz zawsze mają z tego satysfakcję, z nieszczęścia, z bólu. Szczęśliwymi osobami są na pewno tacy, co mają do kogo iść ze swoim problem, bez wyśmiewania czy nawet fałszywego pocieszania. Tak bardzo im teraz zazdroszczę.
Ja jednak nie byłam powołana do życia by być szczęśliwą. Na początku myślałam, że to tylko chwilowy pech, ale teraz z perspektywy czasu wiem, że pech nie istnieje. Niestety...
Od wczesnego dzieciństwa nic mi nie wychodziło. Częste wypadki, niepowodzenia... Tak, to moje życie. Od rana muszę stawić czoła każdemu problemowi... Często to słyszycie, co nie? "Staw czoła swoim problemom, bo to ty je stworzyłeś. Nawarzyłeś piwa, to teraz go wypij", lecz nie w tym rzecz. Najczęściej mówią to rodzice. Dlaczego? Nie zastanawiasz się nad tym? Czy może uważają, że jesteś już duży i nie potrzebujesz ich pomocy, choć często ich pomoc jest odwrotna niż w zamierzonych skutkach. Lecz tak naprawdę oni nas kochają, prawda?
Błąd. Znów rozczarowanie. Mama... Tak bardzo chciałabym z nią poważnie porozmawiać. Porozmawiać tak jak matka rozmawia ze swoją córką. Bez kłamstw, fałszywości, cynizmu... Jak mam to zrobić? Jak mam powiedzieć matce o moich problemach, gdy ona tak naprawdę ich nie zauważa, nie chce ich widzieć? Mamo, tak bardzo cię kocham...
Tata... To tak naprawdę tylko w nim zawszy miałam oparcie. Nie w matce czy siostrze uważającej się za najważniejszą część naszej "rodziny". Tata... Gdy o nim pomyślę zawsze widzę jego roześmianą twarz, a problemy znikają. Ten magiczny moment... Ale potem wszystko przychodzi do normy... Znów problemy...
Tym razem nawet tata mi nie pomoże. Heh, no bo jak można pomóc dziewczynie nad którą krąży rozzłoszczony facet w którymś z tych nieodwiedzanych, ciemnych uliczek, myśląc, że nadal jest w szkole i pilnie się uczy. Kurde, po co wychodziłaś wcześniej ze szkoły, idiotko?
Mężczyzna był straszny. Wymachiwał mi bronią przed twarzą mówiąc słowa, które w ogóle do mnie nie docierały, tak jakby mówił je ktoś zza ściany w innym języku, którego nie rozumiem. Mój mózg działał na innych obrotach. Z jego ruchu warg wyczytałam "zaraz się przekonamy" i poczułam jak podnosi mnie z ziemi. Z niewyobrażalną siła zdziera ze mnie koszulkę i spodnie. Stoję przed nim w samej bieliźnie. Nagle do mnie dotarło - co się ze mną dzieje? Zaczęłam się wyrywać i krzyczeć, ale on tylko uśmiechnął się i wymierzył mi siarczysty policzek. Rozpłakałam się. Nie wiem, czy były to łzy bezradności, czy może ze strachu... Jedno wiem na pewno - nie chciałam tu być!
W pewnym momencie poczułam jak wkłada swoją brudną, obskurną łapę w moje majtki. Nie chciałam tu być, nienawidziłam tego faceta. Nie myśląc, zaczęłam się osuwać na ziemię nadal krzycząc. Mężczyzna w tym momencie znów się uśmiechnął, lecz mnie nie uderzył.
- Przecież i tak nikt cię nie usłyszy. - powiedział.
Naprawdę uwierzyłam w jego słowa. Przecież nikogo tu nie było, nikt nie mógł mi już pomóc. Przestałam krzyczeć. Zamknęłam oczy, nie chciałam na to patrzeć.
Przez chwilę nic się nie działo. Nie powiem, że się ucieszyłam, bo bardziej mnie to zaniepokoiło. Otworzyłam oczy. Zobaczyłam osuwające się ciało mojego napastnika. Usłyszałam tylko jego ostatnie słowo: HOPE. Nie wiedziałam co ma oznaczać. Szybko rozejrzałam się dookoła. Ujrzałam tylko w oddali postać i jej oczy... Wydawała się taka znajoma...
Ostatnimi silami ruszyłam w drogę powrotną do domu. Już nikogo nie spotkałam. Biegłam długo, sama nie pamiętam ile. Łzy przesłaniały mi możliwość logicznego myślenia. Gdy byłam już w domu, pobiegłam do mojego pokoju i ukryłam się w moim królestwie. Próbowałam usnąć, lecz przed oczami ciągle miałam oczy mojego (?)wybawcy. Oczy, które zabijają...
"Help, I need somebody,
Help, not just anybody,
Help, you know I need someone, help
(...)
Help me if you can, I'm feeling down
And I do appreciate you being round.
Help me, get my feet back on the ground,
Won't you please, please help me..."
~The Beatles - "Help"
-------------------------------------------------------------------------------
Hejcia ;3
Huehuehue, dodaję wcześniej niż myślałam. Mam teraz ciężki okres w życiu i musiałam coś napisać, bo inaczej na pewno zwariowałabym. Dlatego w niektórych miejscach mogą być błędy czy niedoskonałości... Ale z drugiej strony, chyba nie jest taki najgorszy, co nie? Czekam na opinie: PROSZĘ, KOMENTUJCIE ;*.
Miłej nocy, Nancy ^^
P.S. w ostatniej linijce jest znak zapytania, bo nie wiedziałam jak nazwać osobę, która tak naprawdę zabija inną osobę... Jak myślicie, kto to może być? ;)
piątek, 4 kwietnia 2014
I
Ciemna noc odznaczała się tak samo ciemnymi myślami. Sytuacji wcale nie ułatwiała mi moja lokalizacja. Na pierwszy rzut oka, opustoszałe uliczki, lecz kryły one w sobie prawdę, którą znali nieliczni wybrańcy. Nie byłam jedną z nich, nie byłam tam potrzebna. Spytacie więc pewnie, po co tamtędy chodziłam? Mieszkałam bardzo daleko od szkoły czy pracy i, by dotrzeć do domu przed 17, musiałam używać tych skrótów. Oczywiście nikt nie wiedział, że tędy chodzę, nikomu nie mogłam powiedzieć, bo już wcześniej zabraniali mi tędy chodzić. Ojciec bardzo martwił się o mnie. Każdego dnia tłumaczył mi, że muszę zmienić college i pracę, by nie musieć martwić się o swoje życie i zdrowie. Matka miała mnie głęboko w dupie, nic ją nie obchodziłam. Nigdy nie przedstawiała mnie jako jej córkę.
Postanowiłam szybko przejść przez jedną z tych najbardziej cuchnących uliczek, na której nocują bezdomni i uzależnieni od różnych innych używek. Na początku dawałam im pieniądze jak to oni mówili - na ciepły posiłek, jednak gdy po południu widziałam ich ledwie trzymających się na nogach, doszłam do wniosku, że nie mogę marnować mojej ciężko zarobionej pensji na wódkę czy narkotyki dla innego człowieka. Szłam w szybkim tempie do następnej przecznicy z zatkanym nosem, bo nie mogłam przyzwyczaić się do tego stęchłego zapachu. Często zastanawiałam się, czy to nie przeszkadza ludziom, którzy tu przebywali, czy może po prostu już się do tego przyzwyczaili. Jednak w większości przypadków powód zamieszkiwania w takim miejscu był zupełnie inny. Policja nie często tu przychodziła. Byli spokojni o swoje nielegalnie przebywanie w kraju czy nawet swoją bezdomność. Wielu z nich przebywało w schroniskach dla bezdomnych i nie są to miłe przeżycia, nie chcą tam wracać.
Myśląc o typowych dla tego miejsca sytuacjach zobaczyłam w oddali mężczyznę wychodzącego z któregoś z mieszkań, ubranego całkiem na czarno. Pewnie myślicie, że się przeraziłam? Nie, tu każdy chodzi tak ubrany, by nie rzucać się w oczy. Gdy podeszłam bliżej, zauważyłam, że wygląda na nie więcej niż 22 lata. Miał śniadą cerę i ciemne oczy. Tym, dzięki czemu zwróciłam na niego uwagę były włosy. Włosy ciemne jak węgiel i postawione do góry na żel. Jednak jego oczy... Już dawno nie widziałam tak zimnego spojrzenia, nie wyrażającego złości ani ciepła. Tylko obojętność. Patrzył na mnie krótko, po czym skręcił w którąś z uliczek. Ja szłam tak dalej marząc, by nie spotkać już żadnego z ludzi przebywających w takim otoczeniu.
Po przejściu około 2/3 trasy, usłyszałam dziwny dźwięk. Zatrzymałam się przez ciekawość, choć wiem, że nie powinnam... Zobaczyłam dwóch mężczyzn. Jeden trzymał broń w dłoni i celował w tego drugiego. Automatycznie zrozumiałam, że muszę uciekać. Byłam już tylko kilka kroków od sąsiedniej uliczki, lecz oczywiście musiałam się potknąć o starą puszkę po piwie. Przy tym wszystkim narobiłam tak wielkiego hałasu, że pewnie nawet zmarły by się obudził. Ja zawsze się w coś wkopuję. Wiele razy miałam niemałe problemy przez moją koordynację. Chciałam wstać, lecz nagle zobaczyłam twarz tego faceta z bronią.
- Proszę, proszę... Kogo my tu mamy? - zapytał, po czym zaśmiał się sarkastycznie. O Boże...
"I stare at my reflection in the mirror
Why am I doing this to myself?
Losing my mind on a tiny error
I nearly left the real me on the shelf
no..."
Why am I doing this to myself?
Losing my mind on a tiny error
I nearly left the real me on the shelf
no..."
~Jessy J "Who You Are"
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------Hej wam, ludzie! :3
Sorry, że długo nie dodawałam, ale napisałam wcześniej, że wena przychodzi w nieokreślonych odstępach czasu. Tamten rozdział, który napisałam wcześniej nie spodobał mi się, gdy go znów przeczytałam. Postanowiłam napisać nowy, ale wena się wyprowadziła... Na szczęście (albo nie) wróciła do mnie :* Tylko, że rozdział krótki :/
Pozdr, Nancy ^^
P.S. Proszę, komentujcie. Dodaję nowy. Nwm kiedy next ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)