poniedziałek, 7 kwietnia 2014

II

(- Proszę, proszę... Kogo my tu mamy? - zapytał, po czym zaśmiał się sarkastycznie. O Boże...)

Myślałam, że już gorzej być nie może. Moje całe życie jest do dupy. Otaczające mnie osoby myślą tylko o tym, by wykorzystać naszą znajomość, coś ode mnie uzyskać. Nie zastanawiają się nad tym, co robią i mówią. Jestem dla nich tylko kolejnym człowiekiem, którego mogą wykorzystać, choć dobrze udają, że coś dla nich znaczę. Pewnie osoba, która zobaczyłaby nas po raz pierwszy pomyślałaby: jak to dobrze mieć takich przyjaciół jak ona. Co prawda czasem są przydatni, czasem pomagają, lecz zawsze mają z tego satysfakcję, z nieszczęścia, z bólu. Szczęśliwymi osobami są na pewno tacy, co mają do kogo iść ze swoim problem, bez wyśmiewania czy nawet fałszywego pocieszania. Tak bardzo im teraz zazdroszczę.
Ja jednak nie byłam powołana do życia by być szczęśliwą. Na początku myślałam, że to tylko chwilowy pech, ale teraz z perspektywy czasu wiem, że pech nie istnieje. Niestety... 
Od wczesnego dzieciństwa nic mi nie wychodziło. Częste wypadki, niepowodzenia... Tak, to moje życie. Od rana muszę stawić czoła każdemu problemowi... Często to słyszycie, co nie? "Staw czoła swoim problemom, bo to ty je stworzyłeś. Nawarzyłeś piwa, to teraz go wypij", lecz nie w tym rzecz. Najczęściej mówią to rodzice. Dlaczego? Nie zastanawiasz się nad tym? Czy może uważają, że jesteś już duży i nie potrzebujesz ich pomocy, choć często ich pomoc jest odwrotna niż w zamierzonych skutkach. Lecz tak naprawdę oni nas kochają, prawda?
Błąd. Znów rozczarowanie. Mama... Tak bardzo chciałabym z nią poważnie porozmawiać. Porozmawiać tak jak matka rozmawia ze swoją córką. Bez kłamstw, fałszywości, cynizmu... Jak mam to zrobić? Jak mam powiedzieć matce o moich problemach, gdy ona tak naprawdę ich nie zauważa, nie chce ich widzieć? Mamo, tak bardzo cię kocham...
Tata... To tak naprawdę tylko w nim zawszy miałam oparcie. Nie w matce czy siostrze uważającej się za najważniejszą część naszej "rodziny". Tata... Gdy o nim pomyślę zawsze widzę jego roześmianą twarz, a problemy znikają. Ten magiczny moment... Ale potem wszystko przychodzi do normy... Znów problemy...
Tym razem nawet tata mi nie pomoże. Heh, no bo jak można pomóc dziewczynie nad którą krąży rozzłoszczony facet w którymś z tych nieodwiedzanych, ciemnych uliczek, myśląc, że nadal jest w szkole i pilnie się uczy. Kurde, po co wychodziłaś wcześniej ze szkoły, idiotko?
Mężczyzna był straszny. Wymachiwał mi bronią przed twarzą mówiąc słowa, które w ogóle do mnie nie docierały, tak jakby mówił je ktoś zza ściany w innym języku, którego nie rozumiem. Mój mózg działał na innych obrotach. Z jego ruchu warg wyczytałam "zaraz się przekonamy" i poczułam jak podnosi mnie z ziemi. Z niewyobrażalną siła zdziera ze mnie koszulkę i spodnie. Stoję przed nim w samej bieliźnie. Nagle do mnie dotarło - co się ze mną dzieje? Zaczęłam się wyrywać i krzyczeć, ale on tylko uśmiechnął się i wymierzył mi siarczysty policzek. Rozpłakałam się. Nie wiem, czy były to łzy bezradności, czy może ze strachu... Jedno wiem na pewno - nie chciałam tu być!
W pewnym momencie poczułam jak wkłada swoją brudną, obskurną łapę w moje majtki. Nie chciałam tu być, nienawidziłam tego faceta. Nie myśląc, zaczęłam się osuwać na ziemię nadal krzycząc. Mężczyzna w tym momencie znów się uśmiechnął, lecz mnie nie uderzył.
- Przecież i tak nikt cię nie usłyszy. - powiedział.
Naprawdę uwierzyłam w jego słowa. Przecież nikogo tu nie było, nikt nie mógł mi już pomóc. Przestałam krzyczeć. Zamknęłam oczy, nie chciałam na to patrzeć. 
Przez chwilę nic się nie działo. Nie powiem, że się ucieszyłam, bo bardziej mnie to zaniepokoiło. Otworzyłam oczy. Zobaczyłam osuwające się ciało mojego napastnika. Usłyszałam tylko jego ostatnie słowo: HOPE. Nie wiedziałam co ma oznaczać. Szybko rozejrzałam się dookoła. Ujrzałam tylko w oddali postać i jej oczy... Wydawała się taka znajoma... 
Ostatnimi silami ruszyłam w drogę powrotną do domu. Już nikogo nie spotkałam. Biegłam długo, sama nie pamiętam ile. Łzy przesłaniały mi możliwość logicznego myślenia. Gdy byłam już w domu, pobiegłam do mojego pokoju i ukryłam się w moim królestwie. Próbowałam usnąć, lecz przed oczami ciągle miałam oczy mojego (?)wybawcy. Oczy, które zabijają...

"Help, I need somebody,
Help, not just anybody, 
Help, you know I need someone, help
(...)
Help me if you can, I'm feeling down
And I do appreciate you being round.
Help me, get my feet back on the ground,
Won't you please, please help me..."
~The Beatles - "Help"
-------------------------------------------------------------------------------
Hejcia ;3
Huehuehue, dodaję wcześniej niż myślałam. Mam teraz ciężki okres w życiu i musiałam coś napisać, bo inaczej na pewno zwariowałabym. Dlatego w niektórych miejscach mogą być błędy czy niedoskonałości... Ale z drugiej strony, chyba nie jest taki najgorszy, co nie? Czekam na opinie: PROSZĘ, KOMENTUJCIE ;*.
Miłej nocy, Nancy ^^
P.S. w ostatniej linijce jest znak zapytania, bo nie wiedziałam jak nazwać osobę, która tak naprawdę zabija inną osobę... Jak myślicie, kto to może być? ;)

1 komentarz:

  1. Ojej, to była chwila zgrozy. Chciałam czytać z zamkniętymi oczami, ale się nie da...

    OdpowiedzUsuń